|










Kontakt: e-mail GG:5301218 stan:
Ilość odwiedzin:
|
|
Grudzień 2004 opowieść zimowa...
W
ostatnim newsletterze pisałem, że może uda mi się odezwać jeszcze
przed Świętami. Jak widać było zbyt śmiałe zamierzenie... Tak to już
jest: plany planami a życie życiem. A
więc masz przed sobą Drogi Czytelniku kolejną dawkę tego co się
dzieje u mnie...
 |
| Łamanie się chlebem, składanie sobie życzeń i śpiewanie kolęd - tak kończyło się czuwanie w grudniu. (fot. Mariusz Mielczarek SVD) |
Grudzień się zaczął dla mnie dość intensywnie. Praktycznie w każdy weekend
miałem jakieś ważne wydarzenie. Zaczęło wszystko od czuwania
Papieskiej Unii Misyjnej w Częstochowie. Był to bardzo dobry czas aby
odświeżyć swoje patrzenie i sięgnąć wzrokiem trochę dalej niż Polska
czy Europa. Udało mi się spotkać kilka znajomych osób, ale
najbardziej zaskakującym wydarzeniem było spotkanie się z jedną z
byłych uczestniczek nocnych czuwań w Pieniężnie. Jeszcze w kwietniu
była w grupie przeze mnie prowadzonej a teraz już od wakacji jest w
postulacie u dominikanek. Było to dla mnie bardzo radosne
spotkanie...
 |
| Serce czuwania - wspólna Eucharystia - tym razem szczególna bo pod przewodnictwem biskupa. (fot. Mariusz Mielczarek SVD) |
Tydzień
później przyszedł czas na kolejne czuwanie. Gościem
zaproszonym na to spotkanie był bp. Edward Dajczak - „dowódca”
ewangelizacji na Przystanku Woodstock. Bardzo cieszyłem się z jego
przybycia. Bo mając już możliwość słuchania go podczas przystanków
w 2002 i 2004 roku wiedziałem, że jest to naprawdę człowiek który
chce szczerze służyć Jezusowi i który nie krępuję się dzielić
się nieraz bardzo osobistymi doświadczeniem wiary i życia z Jezusem.
Tematem grudniowego czuwania była Eucharystia (w tym roku tematyka
czuwań obejmuje sakramenty). Biskup mówił naprawdę bardzo
głęboko (zresztą sami możecie sobie posłuchać na końcu newslettera
podam namiary na nagrania konferencji). Bardzo wymowny był też gest
poprzedzający Eucharystię. Biskup mył na klęczkach nogi dwunastu
młodym ludziom. „Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam
nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi.” [J 13,14]
 |
| Ksiądz biskup w praktyce realizuje słowa Jezusa. (fot. Mariusz Mielczarek SVD) |
Kiedy tak stałem sobie w środku wygaszonego kościoła i
patrzyłem jak biskup powoli myje nogi młodym ludziom posuwając się od
jednej do drugiej osoby na kolanach – chyba choć trochę
zrozumiałem co to znaczy umywać sobie wzajemnie umywać nogi. Znaczy
to, że trzeba się nauczyć tracić dla drugiego – nie patrzeć na
to co on może mi dać, czy mnie akceptuje, czy jest wdzięczny. Umyć
nogi to pozwolić aby być niższym od drugiego. Ten gest mycia nóg
to dobra okazja aby sobie przypomnieć, że Jezus nie tylko Apostołom
był gotowy umyć nogi. On jest gotowy umyć nogi mi i Tobie. Pan
Wszechświata myje nogi temu którego stworzył, wydaje się
bezsensu – ale tylko dla nas... Zachęcam Cię abyś znalazł
chwilę i wyobraził sobie, że jesteś jednym Apostołów –
czy potrafisz sobie że Jezus myje Tobie nogi. Jezusa klęczącego przed
Tobą – tak jakby był Twoim niewolnikiem...? Boża logika jest
inna niż nasza. Po
Eucharystii były jeszcze jasełka oraz wspólne łamanie się
chlebem i składanie sobie życzeń...
 |
| Po wspólnym kolędowaniu w domach mieszkańców Sawit - niezła ekipka co...? ;) |
A
druga połowa grudnia jak wiadomo to przygotowanie do świąt. Były one
u nas w tym roku powiązane ze śmiercią naszego współbrata ojca
Brunona Kozieła – weterana naszego Zgromadzenia. Umarł on na
dwa dni przed wigilią a pogrzeb był tuż po świętach w poniedziałek.
Za moment wrócę jeszcze do jego osoby.
Same
święta jak to klasztorku, trochę pracy, a potem wolne. W pierwsze i
drugie święto mieliśmy spotkania w Sawitach z dziećmi i młodymi.
Najpierw wystawialiśmy jasełka a w drugi dzień świąt kolędowaliśmy po
domach. I tak minęły Święta Narodzenia Pańskiego A.D.2004...
Testament
Bruna...
„I
my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków,
odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który
nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam
zawodach.”
[Hbr
12,1]
 |
| o. Bruno na połtora roku przed swoją śmiercią kiedy był u nas w nowicjacie (lipec 2003) |
Teraz
chciałbym napisać jeszcze kilka słów o ojcu Brunonie... Pierwszy
raz spotkałem go kiedy byłem jeszcze w nowicjacie. To był lipcowy
czas. Pamiętam, że był na porannej Eucharystii – infirmiarze
(współbracia zajmujący się chorymi) przywieźli go na wózku.
Kiedy już po Mszy ojcowie zeszli z prezbiterium do zakrystii chciał
do nas powiedzieć kilka słów. Wiem, że mówił o swoim
powołaniu. Wiadomo, że dla nas początkujących te słowa były ważne
(przynajmniej dla mnie). Ale wśród tych zdań które
powiedział zapadło we mnie tylko jedno
„Jeśli
czegoś żałuję to tego że, zbyt mało czasu spędziłem tu przed
Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie”
- mówił wskazując ręką na tabernakulum.
Takie
było nasze pierwsze spotkanie...
Później kiedy zamieszkałem w Pieniężnie, żyliśmy razem w jednym domu –
naszym seminarium. Przez rok mieszkałem na jego piętrze kilkanaście
metrów od jego pokoju. Jego
historia życiowa jest bardzo bogata. Do nowicjatu wstąpił jeszcze
przed wojną. I jego mistrzem nowicjatu był o. Ludwik Mzyk –
obecnie już wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II. Był
męczennikiem drugiej wojny światowej – też bardzo ciekawa
postać – może jeszcze będzie okazja o nim kiedyś napisać... Ich
kurs nowicjatu zastała wojna musieli nieco skrócić nowicjat i
wcześniej złożyć śluby. Wzięto ich do obozów najpierw do
Dachau potem niektórych do Güsen. Obóz przeżyło
niewielu chłopaków – do niedawna żyło trzech o. Bruno –
o. Marian Żelazek (jest w Indiach) i jeszcze jeden ojciec jest
przewlekle chory żyje w Pieniężnie, ale już nie rusza się z pokoju.
Im udało się uniknąć śmierci w obozie (ich koledzy kursowi to obecnie
kandydaci na ołtarze). Po wojnie skończyli studia i zostali
kapłanami. O Bruno trochę przeżył: był kilka lat Prowincjałem w
Polsce i kilka lat w najwyższych władzach Zgromadzenia w Rzymie.
Potem osiadł w Pieniężnie.
Muszę
powiedzieć, że swoją starość przeżywał spokojnie. Lubiliśmy go. Mimo
że był już słaby to potrafił żartować. Jego przeciągające „Szczęść
Boże” na pewno na stałe się w nas zapisze jako jego znak
rozpoznawczy.
Cieszę
się, że miałem jeszcze okazję przeżyć raz Eucharystię którą
codziennie sprawował w swoim pokoju. Było to jakiś nieco ponad
miesiąc przed jego śmiercią.
 |
| Doczesne szczętki już spoczywają na swoim miejscu - mój pierwszy pogrzeb w spełnianej od prawie roku funkcji (na zdjęciu: już po wykonaniu pracy) |
Nie
spodziewaliśmy się jego śmierci, zaczęło się wszystko od małego
zapalenia a po 5 dniach umarł w szpitalu w Braniewie. Miałem
w związku z jego odejściem wiele okazji do refleksji
egzystencjalnych. Jako, że pełnię obowiązki grabarza i opiekuna
naszego przyklasztornego cmentarza brałem czynny udział wraz z
kilkoma współbraćmi w kopaniu jego grobu i później
pochowaniu jego doczesnych szczątków. Trochę lepiej teraz to
wszystko rozumiem. Bo normalnie w mieście to przychodzi się na gotowe
– jest firma, kilku panów wykopie grób,
przyniesie zmarłego i pogrzebie. A tu wszystko trzeba samemu. Ale to
bardzo dobre doświadczenie...
Na
koniec nawiążę do zdarzenia którym zacząłem opowieść o ojcu
Brunonie. Kiedy w wieczór przed pogrzebem przywieziono jego
ciało i wystawiono otwartą trumnę aby można ostatnie chwile poświęcić
na modlitwę przy doczesnych szczątkach, to był taki czas, że w kaplicy
byłem sam. Tak sobie medytując nad słowem Bożym z liturgii dnia
następnego, miałem przed oczyma widok: Jezus w tabernakulum, nieco
niżej trumna z ciałem Bruna a na końcu kaplicy siedziałem ja. I tak
mi stanął przed oczyma widok sprzed półtora roku – jak
Bruno dzielił się z nami swoim życiem... I powróciły jego
słowa o tym by nie tracić szansy na spotkanie z Jezusem za życia, aby
się przy Nim napełniać miłością... „Jemu już nie potrzebna jest
adoracja – myślałem sobie – już jest z Jezusem twarzą w
twarz” ale jego testament pozostał dla mnie aktualny.
I Ciebie drogi Czytelniku zachęcam abyś znalazł codziennie czas aby z
Jezusem poprzebywać, mimo tego że nawał spraw wydaje się to
uniemożliwiać. Bo cóż poza Nim ostatecznie Ci pozostanie. Po
obserwacji życia o. Bruna, jego śmierci i pogrzebaniu go widzę to
jeszcze wyraźniej – ostatecznym sensem może być tylko Bóg
i nadzieja w Nim złożona. Nie przekreśla to życia tutaj na ziemi i
nie zmusza do uciekania od zwyczajnych spraw tego świata ale czyni je
sensownymi...
„Czas
na zmiany, który jest nam dany, nigdy już nie wróci.
Nie marnuj bezcennych chwil - to czas miłości do ludzi...”
Tak śpiewają muzycy chrześcijanie w kolędzie na 2004 rok. I mają
całkowitą rację...
To tyle treści na ten newsletter. Niech Nowy Rok będzie czasem
błogosławionym dla Ciebie!

Chcesz się podzielić ze mną refleksjami po przeczytaniu tego tekstu? Proszę bardzo to pole poniżej jest dla Ciebie!

|