Jezus żyje!











Kontakt:
e-mail
GG:5301218
stan:




Zapraszam Cię do zapoznania się ze świadectwem życia i wyzwolenia w Chrystusie, którym dzieli się Ewa...

Dzieląc się z Tobą swoim doświadczeniem Bożej miłości chciałam powiedzieć, że by grzeszyć przeciw Bogu nie trzeba od Niego odchodzić. Tak jak w moim przypadku. Byłam wychowywana w domu gdzie Bóg, Kościół, wiara miały bardzo dużą wartość duchowa, moralna, etyczna. Co tydzień do Kościoła. Spowiedź, Komunia, modlitwa wieczorna. To było świadome. A przynajmniej na tyle na ile potrafi to 13 letnie dziecko. W każdym razie nie było to bezmyślne. To gdzie jest czarna rysa? Jedna z osób mi bliskich miała swoje hobby. Hobby dotyczące zjawisk paranormalnych, nie wytłumaczalnych. W sumie to byłam do tego przyzwyczajona. Czasem zdarzało się, że sięgałam po jedna z gazet gdzie były zamieszczone artykuły o niezwykłych, tajemniczych zdarzeniach. I oto, w ten sposób, zaczęło we mnie kiełkować pragnienie posiadania telepatii (komunikowanie się na odległość), telekinezy (wprowadzanie przedmiotów w ruch), umiejętności wychodzenia z ciała (tzw. podróże astralne). To we mnie rosło... Trochę się o to modliłam, obiecując, ze nie wykorzystam tego w złym celu (bo inaczej, jak naucza tu sedno sprawy, czyli New Age, zdolności nikną). W jednej z księgarni znalazłam książkę pt. "Jak rozwinąć swoje zdolności...". Podręcznik, bardzo ładnie napisany, zawierał ćwiczenia, przykłady, wskazówki. Każde ćwiczenie wykonywałam. Powtarzałam tyle razy ile trzeba było. Po pewnym czasie miałam już umiejętności jasnowidzenia, uleczania siła woli, wyczuwałam energie(chodzi tu o zarówno pozytywne i negatywne wibracje jak i ludzkie emocje czy np. promieniowanie, które wydziela człowiek). Nie było to tym o co mi chodziło do końca, ale i tak byłam zachwycona i gdybym mogła to każdego człowieka zaopatrzyłabym w taką cud- książkę. Odkrywałam kolejne umiejętności, np. wyczuwanie zbliżającej się śmierci kogoś ze znajomych, krewnych (był warunek: chociaż raz musiałam się widzieć i poznać tą osobę; chodzi o nić Akaszy którą ludzie zaczynają być związani od momentu zapoznania). I tak sobie gniłam. Nie dopuszczałam myśli, że robię coś złego. Byłam przekonana, że jestem pod opieką Boga i, że to od Niego pochodzą te cudowne moce.

Autor książki kładł duży nacisk na wizualizację => zaspakajanie swoich potrzeb przez urzeczywistnianie ich siłą woli. To tez praktykowałam. Podczepianie się pod nieznany byt, który miał być idealna energią mieszkającą w kosmosie. Miała pomagać w rozwiązywaniu problemów, a także udzielać swej nieskończonej mądrości. Przekazywanie kontroli nad sobą, swojej podświadomości (będąca wcześniej „podczepiona” pod inteligentną energię i w konsekwencji nie jestem pewna co tak naprawdę mną rządziło). Otaczanie się niewidzialną barierą, która miała chronić przed złymi i bardzo złymi bytami.

Życie wtedy było bardzo łatwe. Wiedziałam co robić. Niczego się nie bałam. Było fantastycznie. Do czasu. Te „owijanie się w barierę”, czy łączenie z nieznanym bytem spowodowało, że zaczęłam zapadać w swego rodzaju schizofrenię. Poczucie czyjejś obecności ( nie koniecznie kogoś kto mnie kocha lub choć lubi); otępienie, poczucie podzielonej na kilka osobowości zaczęło być coraz wyraźniejsze. W między czasie kiedy za specjalnie nie widziałam związku, przyczyny i skutku doszedł jeszcze tarot i metody Silvy (J.Silva jest „ojcem” ruchu „New Age”. To on opracował metody kontroli umysłu. Czynności, które mają z założenia stworzyć z nas, właściwie odkryć „boga” czy raczej bożka...)

Dzięki Bogu, to mnie nie zainteresowało. Widocznie byłam już tak otępiała, że nie rozumiałam co czytam, a umiejętność logicznego myślenia nikła. Bardzo pogorszyłam się w nauce. Właściwie to zatraciłam zdolność uczenia się. Cudem zdawałam z klasy do klasy.

Mając 10, może 11 lat w modlitwie, przed snem, złożyłam Bogu swoje życie w ofierze. Zawierzyłam Mu całą siebie. Dziś zdumiewa mnie z jaką szczerością, oddaniem i ufnością oddałam Mu siebie. Pamiętam to i mam wrażenie, ze dziś już tak nie potrafię. Ale był to moment, który uratował mi życie.

Właśnie to sprawiło, że Pan nie pozwolił mi przemienić siebie w zombi, żywego trupa. Ale potrzeba było jeszcze jednego mojego „tak”. Przestałam praktykować, zostawiłam to. Ale jakoś nie było rezultatów. Może nie o to chodziło? Może trzeba było dokończyć tamto i będzie ok ?

Pan postawił na mojej drodze drużynę harcerską. W niej zbliżyłam się do Boga. To było bardziej emocjonalne. Ale, widać, tego było mi trzeba. I to był przedsmak. W czasie wakacji, wracając od cioci, poczułam w sobie głos: „Albo w prawo albo w lewo. Dwom panom służyć nie można”. I odpowiedziałam „stop!”. Miałam w owym czasie wrażenie, że coś pękło. I pękało za każdym razem kiedy przyznawałam się do Boga. On nie zapomniał o mnie. Planował bym za dużej krzywdy nie wyrządziła sobie a może nawet i innym.

Od tamtego momentu wszystko się cofało. Choć wielokrotnie szatan próbował zmienić moją wolę, kusił myślami, wspaniałą perspektywą wiedzy, decydowania o wszystkim. Ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy 5 min szczęścia wbrew Bogu jest więcej warte niż wieczność w potępieniu? Miałam męczące sny z diabłami, które chcą się do mnie dostać. Czasami było tak, że dostawałam paraliżu przez sen, uczucie padaczki i przeświadczenie, że coś mnie chce wyszarpać z ciała. Że zaraz się zapadnę w siebie. Kolejnym punktem uwolnienia była formacja w Oazie (Ruch Światło-Życie). To tu Pan miał do mnie największy dostęp, a raczej ja do Niego. Na początku było nudno. Nic nie rozumiałam. Musiałam przecież zmienić zupełnie sposób myślenia. Pierwszych spotkań nie pamiętam. Są za mgłą. Jakbym budziła się ze śpiączki. Potem pierwsze rekolekcje. Ich też nie pamiętam. Znowu uczucie otumanienia. Ale coraz mniejsze. Namiot spotkania (kontemplacja nad konkretnym fragmentem Pisma Świętego) zrobił niesamowite cuda. Przed wyjazdem czułam w sobie ogromną pustkę (w końcu to Zły za swoje „dary” zaczął zbierać opłatę...). Po – Miłość przez duże M. Bożą Miłość....

Od tamtego momentu dużo się zmieniło. Choć jest bardzo dobrze, w porównaniu do tego co było kiedyś, to jeszcze widzę multum do nadrobienia. Ale nie boję się, bo wiem, że Bóg jest po mojej prawicy. Ufam Mu. Przecież mógł mnie zostawić tyle razy, a mimo to jest i wciąż pomaga wyjść na prostą. Nie wiem co by było gdybym nie zwróciła się do Boga. Wcześniej nie wystarczyło tylko z tym zerwać. Trzeba było zwrócić się do Pana o pomoc. Bo tylko z Nim coś znaczymy. Tylko On nadaje sens naszemu życiu. Jego Miłość czyni cuda. Uzdrawia. Oczyszcza.

Wiem po co wierzę. Wiem po co trwam przy Jezusie. Rozumiem Jego przykazania i drogowskazy. I za to Mu dziękuję.

Chwała Ci Panie każdego dnia, za Twą Miłość.

Twoja Córka

Ewa

Trochę więcej na temat rzeczywistości New Age możesz dowidzieć się z audycji Roberta Tekieli w Radiu Józef – tutaj znajdziesz audycje z ostatnich miesięcy w mp3

Chcesz się podzielić refleksjami po przeczytaniu tego świadectwa? Proszę bardzo! To pole poniżej jest dla Ciebie! Wpisane komentarze przekażę Ewie, która napisała to świadectwo.


Twoje imię (lub nick) i nazwisko (jeśli chcesz)
email (jeśli chcesz):
Twój komentarz:


Ilość odwiedzin
od 27 czerwca 2004:

..:: Bartłomiej Parys, SVD © 2004-2007 ::..